s
Górale Pienińscy

Górale Pienińscy

Wierzenia, gusła, zabobony

Górale Pienińscy  
Dzwonek loretański, fot. K. Ceklarz  

Wiara w istoty nadprzyrodzone i nieziemskie siły należy do bezpowrotnie minionej, kulturowej rzeczywistości Górali Pienińskich. Mimo to dalekie jej echa, a także związane z nimi magiczno-religijne praktyki, nie pozostają obojętne dla współczesnego mieszkańca Pienin. Na reliktach dawnej wiary zbudowane są aktualne do dziś przesądy i wróżby. Wśród Górali Pienińskich, ze względu na skoncentrowanie życia wokół potężnej górskiej rzeki – Dunajca i jego dopływów, szczególne znaczenie miała wiara w demony wodne.

Za jednego z najgroźniejszych demonów uważano topielca (utopca), wyjątkowo złośliwego w stosunku do flisaków, rybaków oraz pasterzy i rolników korzystających z wodopojów i brodów na rzece. Wierzono, że jest to zjawa, w którą zamieniła się dusza utopionego człowieka (zwłaszcza samobójcy), zmarłego bez sakramentu spowiedzi. Panowało powszechne przekonanie, że topielca można było spotkać w miejscu, w którym doszło do tragedii. Co noc pokutował tam za popełnione grzechy, szukając ofiary, która mogłaby go zastąpić. Uważano, że jego męki na ziemi skończą się wówczas, gdy pozbawi życia innego człowieka, zwłaszcza kogoś młodego, grzeszącego przeciwko siódmemu przykazaniu. By zwabić ofiarę topielec przybierał postać starego rybaka w kapeluszu, psa, raka, kaczki, dziecka lub ryby. Gdy ukazywał się pod postacią mężczyzny, był wysoki, szczupły, blady i ociekający wodą. Przybierając postać któregoś ze zwierząt zaskakiwał nadnaturalną wielkością. Bez względu jednak na wygląd starał się zwieść łatwowiernego człowieka, sprowadzić go nad wodę i tam wciągnąć w głębiny. W Pieninach uważano, że oprócz terenów nadwodnych topielca można spotkać również na sąsiadujących z rzekami polach uprawnych. Chętnie pojawiał się tam gdzie rósł jego ulubiony przysmak – groch i bób. Oprócz spożywania tych warzyw topielec miał w zwyczaju tarzać się na grochowisku, doszczętnie niszcząc plon pechowego gospodarza. Ponadto spotykano topielców „wygrzewających” się w promieniach księżyca, a także walczących z innymi demonami. Podczas zapasów wydawały one dźwięki podobne do rżenia koni.

Jeden z najbardziej znanych, pienińskich demonów wodnych żył w baniorze (głębinie) na potoku Krośnica. W nocy często wychodził na pobliskie pola by najeść się grochu. Właściciel pola, chcąc przepędzić darmozjada, wziął grubi kij i zaczaił się pomiędzy rządkami. Niebawem z wody wynurzył się topielec i przystąpił do uczty. Gdy chmury przesłoniły na moment księżyc gospodarz skorzystał z ciemności i grzmotnął go kijem w plecy tak mocno, że ten aż się przewrócił. Podobno metoda ta poskutkowała i topielec zaprzestał niszczenia plonów na tym polu.  

Górale Pienińscy wierzyli, że kąpiele w rzekach stają się bezpieczne dopiero po dniu św. Jana (24 czerwca). Wówczas „poświęcone przez niego wody” są bezpieczne, a nawet (w niektórych przypadkach) nabierają leczniczych właściwości.

Oprócz topielców głębokie jary potoków i ciemne doliny rzeczne zamieszkałe były przez różne demony kobiece, zwane boginkami lub dziwożonami. Wyobrażano je sobie jako urodziwe dziewczyny o ciemnych oczach i włosach. To co je wyróżniało, to nienaturalnie długie i obwisłe piersi. Boginki znane były z tego, że porywały góralskie niemowlęta podrzucając w zamian swoje, krzykliwe, wiecznie głodne, a nierzadko także ułomne dzieci. By odzyskać skradzione niemowlę, kobieta musiał wynieść podrzutka w księżycową noc na gnojowisko i tam okładać pokrzywami lub wierzbowymi witkami. Dziwożona, słysząc płacz swojego dziecka, zabierała go oddając to, które porwała. Wypadek taki miał miejsce w Grywałdzie, gdzie w trakcie chrztu, boginka wykradła kumie (matce chrzestnej) dziewczynkę drzemiącą w saniach i podłożyła swojego chłopca. Po powrocie z kościoła zorientowano się co się stało. Matka wzięła więc dziewięć poświęconych witek wierzbowych, wyniosła chłopca za dom i zaczęła okładać. Boginka słysząc płacz swojego dziecka przybiegła i oddała porwaną dziewczynkę wołając: Dej moje, a bier swoje!

Demonem powodującym szkody w gospodarstwie był także płanetnik. Utożsamiano go z istotą mającą moc kierowania chmurami, deszczem, gradem i piorunami. W wyobraźni Górali Pienińskich zapisał się jako nienaturalnie szczupły, blady i wysoki mężczyzna o długich, ociekających wodą włosach. Jego ubranie – zniszczona kapota, stare portki i dziurawy kapelusz, ociekały wodą. Gdy, jadąc na chmurach, przybywał nad daną wieś wysypywał z nich grad i wylewał deszcz. Ludzie widząc zbliżającą się nawałnicę starali się przegnać płanetnika za pomocą dzwonków. Używano przede wszystkim dzwonów loretańskich, poświęconych przez księdza, wierząc że ich głos skutecznie przepędzi szkodnika. Sytuację taką opisał m.in Michał Marczak (1886-1945) historyk i etnograf z Grywałdu. Według niego w Kluszkowcach stał niegdyś drewniany kościółek, podobny do tego, który współcześnie zobaczyć można w Grywałdzie. Przez długie lata, ilekroć nad wieś nadciągała burza, najcięższa chmura zatrzymywała się akurat nad kościołem, po czym, bez najmniejszej szkody, przesuwała się dalej bijąc piorunami i sypiąc gradem w sąsiedniej Krośnicy lub Mizernej. Pewnego dnia, podczas odpustu, gdy właśnie miała zacząć się uroczysta procesja, nad kościołem pojawiła się ciemna gradowa chmura. Ksiądz polecił wezwać kościelnego, by ten jak najszybciej zaczął bić w dzwony odstraszające spodziewaną ulewę. Niestety, kościelnego nie można było odnaleźć. W końcu ktoś zauważył, że wysunął się z okienka kościelnej wieży i stopami staje na chmurze. Płakał i opierał się, gdy siłą starano się go wciągnąć do wnętrza. Tam, stojąc przed księdzem, wyznał, że oprócz posługi kościelnej musiał jeszcze spełniać inne narzucone mu obowiązki – kierować chmurami. Ksiądz, za pomocą błogosławieństwa z użyciem wody święconej, wyzwolił kościelnego z diabelskich mocy i zwolnił ze specyficznej posługi dla planetnika.

Góralom na despekt działała również mara zwana czasem dusiołkiem. Nawiedzała ona ludzi podczas snu (szczególnie tych niebierzmowanych) i dusiła, naciskała na klatkę piersiową, żołądek oraz jelita powodując ostre bóle brzucha i bezdech. Widywano ją pod postacią psa lub chłopa w podeszłym wieku.

W wierzeniach Górali Pienińskich związanych z nadnaturalnymi siłami często pojawiały się opowieści dotyczące czarownic i czarowników, czyli ludzi wspomagających wybrane czynności czarami. Czarownice mieszkające we wsi znane były z działań na szkodę innych: odbierania krowom mleka, kurom jaj lub sprowadzających chorobę na bydło. Powodowało to, że posądzano je o kontakty i układy z diabłem. Czarami potrafiły spowodować impotencje lub przeciwnie przywrócić płodność, umiały także zjednać czyjąś miłości lub wywołać nienawiść. Zsyłały chorobę, ale i potrafiły leczyć. Nic więc dziwnego, że starano się rozpoznać, która kobieta we wsi jest czarownicą. Wiedza ta była potrzebna, by z jednej strony móc się przed tą osobą chronić, a z drugiej by wiedzieć gdzie się udać w razie nagłej potrzeby.

Czarownice aktywne były zazwyczaj przez cały rok, ale w określonych momentach ich działalność osiągała apogeum. Wierzono, że taką wyjątkową datą w roku jest wigilia święta św. Łucji (12 grudnia) oraz wigilia Bożego Narodzenia (24 grudnia). Wierzono, że w tym czasie działy się rzeczy dziwne, a rzucone czary lub uroki były bardzo trudne do odczynienia. Wigilia św. Łucji miała byś datą corocznych zlotów czarownic (sabatów), podczas których czarownice zdawały relacje z minionego roku, zbierały magiczne zioła wykorzystywane później w tajemnych praktykach i ucztowały aż do świtu harcując na miotłach. Mieszkańcy Pienin wierząc w ową nadaktywność czarownic w tym dniu starali się odpowiednio zabezpieczyć siebie oraz gospodarstwo. Przede wszystkim nikomu nic nie pożyczano (pożyczone przedmioty mogły stać się niebezpieczne w nieodpowiednich rękach i skutkować utratą pozostałego majątku) i nie opuszczano domu po zachodzie słońca. Ponadto profilaktycznie smarowano w tym dniu progi i drzwi stajni czosnkiem – rośliną, która uchodziła za jeden z najsilniejszych apotropejonów (przedmiotów mających moc odstraszania demonów i niwelowania czarów). Dodatkowo poświęconą kredą wykonywano na drzwiach trzy krzyżyki i posypywano wejście ziarenkami maku dla dodatkowej ochrony. W niektórych przypadkach okadzano domostwo, spalając zioła poświęcone w kościele w dniu Matki Bożej Zielnej (15 sierpnia). 

Górale Pienińscy  
Tak mógł wygladać drewniany stołeczek zabierany na mszę św. w wigilię Bożego Narodzenia, fot. K. Ceklarz  

By poznać, która kobieta trudniła się czarami, należało w dniu św. Łucji rozpocząć pracę nad drewnianym stołeczkiem. Trzeba było jednak tak ją rozplanować, by skończyć dokładnie w wigilię Bożego Narodzenia. Stołek ten był potrzebny podczas pasterki, należało zabrać go ze sobą do kościoła i uklęknąć na nim w trakcie podniesienia. Ten, który podjął się ryzyka, mógł widzieć to, czego pozostali śmiertelnicy nie potrafili dostrzec. Przypatrując się kobietom obecnym na mszy należało szukać wzrokiem tych, które stały tyłem do ołtarza lub z wiadrem na głowie. Wypatrzywszy osoba z całą pewnością była czarownicą.

Oprócz kobiet czarami parali się także mężczyźni, zwłaszcza pasterze i znachorzy, (często łącząc te profesje). Jednym z najbardziej znanych baców-czarowników w Pieninach był, pochodzący z Krościenka, Tomasz Guszkiewicz zwany Grusiem. Do dnia dzisiejszego w Krościenku można usłyszeć historię, powtarzaną także przez przewodników górskich, jak Gruś wskrzesił stado owiec, zaczarowane przez wrogiego mu, podejrzanego żebraka. By odczynić rzucone czary Gruś musiał samotnie udać się na cmentarz, stoczyć walkę z samobójcą-wisielcem, po to by zdobyć kilka włosów łonowych wisielca. Uzbrojony w te magiczne utensylia zdołał przywrócić życie kilkuset owiec i jednocześnie zemścić się na winowajcy.

Bacowie oprócz odczyniania rzuconych czarów, jak zrobił to Gruś, sami potrafili posługiwać się magią. W badaniach etnograficznych dotyczących tego zagadnienia często pojawia się informacja o umiejętności „ściągania” ludzi na szałas przez bacę. Najczęściej dotyczyło to złodziei, którzy zabrali coś z bacówki np. sól przeznaczoną dla owiec. Często powtarzającym się wątkiem jest używanie przez baców magicznych przedmiotów niezbędnych do rzucania czarów. Wśród nich znajdowała się między innymi stuła zabrana z kościoła, zioła zbierane nago o północy na dziewięciu miedzach, woda święcona, wosk z gromnicy oraz kość lub wspomniane włosy nieboszczyka. Wszystkie były pilnie strzeżone przez pasterzy i stosowane z zachowaniem największej tajemnicy.

Katarzyna Ceklarz

Wykorzystana literatura:

Janicka-Krzywda, K. CeklarzCzary góralskie, Zakopane 2014; K. KolanowskaDemonologia i czary [w:] Kultura ludowa Górali Pienińskich, U. Janicka-Krzywda, K. Ceklarz (red.), Kraków 2014, s. 491-506; M. MarczakPłanetnicy, „Gazeta Podhalańska” 1938, nr 47, z dn. 27.11., s. 47, J. Tyszkiewicz, Pozostałości wierzeń o nadwodnych demonach wśród górali, „Prace Pienińskie” 1994, nr 6, s. 40-44.