s
Górale Sądeccy

Górale Sądeccy

Obrzędy i Zwyczaje Doroczne - cz. I

„Zwyczaj” jako kategoria podstawowa posiada najszerszy zakres pojęciowy i obejmuje także pojęcie „obrzęd”z tym, że operowanie kategorią „obrzęd” jest tym bardziej uzasadnione, im bardziej zachowania zwyczajowe nawiązują (w sposób bardziej lub mniej świadomy, czy też – jak to ma częstokroć miejsce obecnie – nawet podświadomy) do przesłanek o charakterze sakralno-wierzeniowym, bądź społeczno-prawnym. „Obyczaj” można natomiast uznać w tym kontekście za pozainstytucjonalny system norm zachowania, uznawany przez daną społeczność i wartościowany przez nią w kategoriach moralnych. W świetle zebranych materiałów etnograficznych precyzyjne rozróżnianie „zwyczaju” od „obrzędu” nie jest do końca możliwe, jakkolwiek operowanie jednym i drugim pojęciem wydaje się niezbędne i uzasadnione.

OBRZĘDY I ZWYCZAJE DOROCZNE

  • Adwent (od św. Andrzeja do Wigilii) rozpoczyna rok liturgiczny, okres oczekiwania na przyjście Zbawiciela, czas codziennego uczestnictwa we mszy świętej ku czci Najświętszej Marii Panny, zw. roratami. To także czas skupienia i postu adwentowego, podczas którego nie było wolno tańczyć, grać na instrumentach, organizować zabaw i wesel, śpiewać ani pić alkoholu. Śpiewano tylko pieśni religijne. Dzieci w długie wieczory siedząc w domu, robiły ozdoby na podłażniczki i choinki. Przez cały adwent nie spożywano mięsa, nie stosowano omasty zwierzęcej i ograniczano jedzenie we środy, piątki i soboty. W Adwencie obowiązywał zakaz wypasania bydła oraz ruszania ziemi czyli wykonywania prac w polu. Łamanie zakazu groziło brakiem urodzaju.
     
  • Św. Mikołaja (6 grudnia) - W życiu górali sądeckich dzień św. Mikołaja nie był jakimś specjalnym dniem. W niedalekiej przeszłości kojarzył się też z prezentami – jak obecnie z tym, że prezentem była upieczona figurka św. Mikołaja podłożona pod poduszkę lub słodka pieczona bułka od chrzestnej matki.
     
  • Św. Łucji (13grudnia) - Wśród górali powtarzano; św. Łucja dnia przyrzuca, bo do reformy kalendarza (1582) był to najkrótszy dzień w roku. W dniach od św. Łucji do B. Narodzenia powszechnie obserwowano i znaczono zjawiska atmosferyczne, które wróżyły pogodę na wszystkie miesiące następnego roku. Zwyczaj ten utrzymuje się po współczesne czasy. Wierzono, że w wigilię św. Łucji nasilało się działanie złych mocy i czarownic, dlatego zabezpieczano się przed ich złymi zamiarami, przez znaczenie krzyża na drzwiach obejścia i wieszaniem na nich słomianych wianków chroniących przed wszelakim złem. Przestrzegano też zakazu wydawania z domu mleka po zachodzie słońca oraz pożyczania, sprzedawania i dawania czegokolwiek z gospodarstwa.
     
  • Wigilia Bożego Narodzenia (24 grudnia) nazywana przez górali wiliją, była dla nich dniem szczególnym, uroczystym ale i pracowitym. Obowiązywał wszystkich ścisły post, jedynie dzieci mogły zjeść trochę chleba lub karpiela. Był to dzień bardzo obfity w zakazy, nakazy, przestrogi i wróżby odnoszące się do pomyślności w gospodarce rolnej, hodowlanej, powodzenia w życiu osobistym i rodzinnym w roku przyszłym. Choć dotyczyły tej samej sytuacji różniły się, w zależności od miejsca zamieszkania. Rano lub po wieczerzy myto się w wodzie z wrzuconym pieniążkiem, którym pocierano ręce i twarz dla zapewnienia zdrowia w przyszłym roku. Najczęściej czyniono to jednak rano w Boże Narodzenie w wodzie nabranej w nocy po pasterce, dla zapewnienia wszelakiej pomyślności  w następnym roku. Powszechnie powtarzano „jaka wigilia – taki cały rok” i żeby w przyszłym roku nie miały miejsca takie zdarzenia, przestrzegano zakazów: we wigilię nie wolno było kłócić się, bić dzieci, krzyczeć na nie. pożyczania czegokolwiek w obawie by wraz z pożyczoną rzeczą nie wydać szczęścia z domu, a szczególnie jajek, by tego nie brakowało w przyszłym roku. Nie wpuszczano do domu starszych niedołężnych i ciężarnych kobiet, bo to mogło sprowadzić na dom nieszczęścia. Dobrymi nakazami było: noszenie przy sobie cały dzień pieniążka dla zapewnienia rodzinie dostatku. Aby być pracowitym w następnym roku, należało wstać wcześnie rano i przez cały dzień coś robić, nie wolno było siedzieć. By się szczęściło, dobrze było przynieś do domu zarobione pieniądze i wódkę, która w tym dniu musiała być w każdym domu. Przybycie rano do domu młodego mężczyzny wróżyło szczęście. Każdy domownik miał przydzielone prace do wykonania. Gospodarz  i mężczyźni; przed południem zajmowali się obrządkiem zwierząt i pracami w obejściu np. kończono młockę cepami i młynkowanie.  Przynosił z lasu gałęzie jedliny do strojenia, w późniejszych  czasach  choinkę. Wnosił do izby niemłócony snopek owsa czasem żyta, stawiał go w rogu kuchni. Do niego wkładano podłaźniczkę czyli gałązkę jedliny. Nie wnoszono do domu snopków jęczmienia gdyż mogło to powodować wejście do niego robactwa i powstawanie wrzodów na ciele domowników. W innych wsiach bywało, że gospodarz przynosił dwa snopki, z których jeden kładł pod stołem przy którym spożywano wieczerzę, drugi w kącie izby. Kobiety i dziewczęta kończyły porządki w izbach, czasem jeszcze bieliły ściany, piekły chleb i placki oraz przygotowywały jedzenie na wieczerzę i święta.  Wodą z obmywania bochenków chleba przed wsadzeniem go do pieca kropiły sady na urodzaj, a dłonie oblepione ciastem po jego wyrobieniu ocierały o pnie drzew owocowych, by obficie rodziły owoce. Dzieci wykonywały różne ozdoby na gałązki świerkowe i choinkę, którą ubierały czasem od rana, ale najczęściej robiły to po wieczerzy. U Górali Sądeckich choinki pojawiły się w latach 30-40 XX wieku. Zdobiono je ciastkami pieczonymi w domu, czerwonymi jabłkami, orzechami owijanymi w kolorowe papierki, kwiatkami i wstążkami z bibuły oraz łańcuchami ze słomy. Groch owinięty w postrzępioną bibułkę zastępował cukierek.  Na czubku choinki był aniołek lub gwiazdka, wykonane przez kogoś z domowników. Izba, w której spożywano wieczerzę, a była to najczęściej kuchnia przystrajana była wianuszkami z bibułkowych kwiatków wokół świętych obrazów. W niej nie mogło nic wisieć na sznurkach, żerdziach i hakach, co było przestrogą, by nikt z  domowników nie powiesił się. Jeszcze na początku XX wieku u tragarza wieszano dużą podłaźniczkę strojoną czerwonymi jabłkami, orzechami, światami robionymi  z koloro- wych opłatków i łańcuchów wykonanych z orzechów laskowych i grochu. W Łącku i Obidzy oprócz podłaźniczek robiono ozdoby na przetaku i z pociętych słomek, przystrajane kwiatkami, wycinankami i światami. Były też podłażniczki w formie krzyżyków z jodłowych gałązek, które przybijano nad drzwiami domów, stajni, spichlerzy, a także na ścianach wewnątrz domów. Miały one chronić przed wszelakim złem. W regionie były też pająki wykonywane z białej bibuły i słomek dla ozdoby izby. Wszystkie te ozdoby wisiały do Zielonych Świątek, do następnego roku lub do czasu kiedy same spadły, wtedy je spalano. Stół – pod niego kładziono siano i powrósła słomiane, którymi po wieczerzy okręcali drzewa owocowe na urodzaj. Kładli siekierę, części pługa i uprzęży końskiej, co miało ochraniać konia od uroków, a mężczyzn podczas prac w lesie. Okręcali nogi stołu łańcuchami na których prowadzone bydło na pastwiska miało dobrze chować się i być chronione przed chorobami i działaniem czarownic odbierającym im mleko. Bywało różnie; jedni na blat stołu kładli siano, nakrywali płachtą siewną lub lnianym prześcieradłem (obecnie białym obrusem), na środek sypano ziarna wszystkich zbóż uprawianych w gospodarstwie lub tyko miarkę owsa i na te ziarna bochen chleba upieczony w wigilię, a na nim opłatki. W Jazowsku – na blat rozsypywano owies, na nim siano i dopiero płócienny obrus, na nim chleb i opłatek. A w Zasadnem na obrus kładziono kopkę siana uformowaną na bochen i na niej chleb. Tak przygotowane stoły pozostawiano do następnego dnia. Łyżek na stole kładziono o jedną więcej i przy niej jedno wolne miejsce, dla wędrowca lub dziada. Uważali też, by podczas wieczerzy była parzysta liczba osób, gdyż funkcjonowało przekonanie, że kto nie ma pary, nie doczeka następnej wigilii. Wieczerza – Górale sądeccy częściej nazywali ją obiadem wigilijnym. Dzieci pilnowały pierwszej gwiazdki na niebie, będącą oznaką do rozpoczęcia wieczerzy, która dla nich była ucztą, podczas której mogły najeść się do syta. Rozpoczynał ją gospodarz lub dziadek (jeśli był w rodzinie) modlitwą, którą powtarzali domownicy na klęczkach. Dawniej nie czytano pisma świętego, czyni się to dopiero od XX wieku. Następnie dzielono się opłatkiem – dawniej chlebem – i zasiadano do stołu. Należało opierać stopy na żelaznych częściach leżących pod stołem, by nogi były zdrowe i nie bolały. Jedli z jednej dużej miski, która leżała na ziarnie lub chlebie. Nie wolno było wstawać nikomu od stołu poza gospodynią która podawała następne potrawy do stołu, ani odkładać łyżki, trzeba było trzymać ją cały czas w ręce, bo gdyby upadła na ziemię, wróżyło to niedoczekaniem przyszłego roku. Podczas jedzenia nie wolno było rozmawiać. Potrawy były proste i postne (12 jak apostołów) maszczone czasem tylko olejem lnianym, przygotowane z tego, co urodziło się w polu, w ogrodzie, w sadzie i w lesie. Były to: ziemniaki z żurem i suszonymi grzybami, ziemniaki z kapuściorą, groch z kapustą lub z łazankami czyli zupa grochowa z łazankami zacierana grochem, kapusta z grzybami lub z grochem lub z grzybami i ziemniakami, ziemniaki z polywką z suszonych owoców, krupy z suszonymi śliwkami – czasem też z grzybami, pęcak jęczmienny z grochem – czasem ze śliwkami, kasa corno czyli potrawa z mąki razowej rzucanej na wodę, korpiele – brukiew  z ziemniakami i jarzynami, gotowane na mleku lub pieczone na blasze, grzyby z ziemniakami, kluski z makiem, pierogi: z kapustą i grzybami, z serem, z jabłkami, polywka z suszonych jabłek, gruszek i śliw. Raz w roku, w dawnych czasach na wieczerzę w okolicach Łącka, gotowano ptasie mleko. Było to utłuczone i rozgotowane siemię lniane, jedzone z mlekiem na zimno i rozdrobnionym chlebem. W późniejszych czasach były gałuszki czyli kluski z grysikiem, a od niedawna racuchy lub ryż z jabłkami i mlekiem oraz ryby. Piekli też słone kołacze posmarowane serem lub bryndzą. W całym regionie pieczono buchty czyli słodkie bułki drożdżowe. Dopiero po II wojnie światowej zaczęto piec ciasta; serniki i zawijańce z makiem lub z bakaliami. Resztki zlewano do oddzielnej miski, dodawano opłatek i zanoszono zwierzętom. Ale np. a Jazowsku do specjalnej miski leżącej koło stołu, kładziono po jednej łyżce każdej potrawy, a w Łącku po jednej łyżce do maśniczki, aby było dużo dobrego masła. W Maszkowicach i Zalesiu resztkami karmiono różne zwierzęta i świnie, żeby lepiej rosły, a bydłu i koniom dawano owies i siano w drugi dzień świąt. Po wieczerzy wspólnie odmawiano modlitwę, do której dołączano słowa: „a dusze zmarłych w tym domu, niech odpoczywają w pokoju wiecznym. Amen”. Po wieczerzy gospodarze szli do pomieszczeń gospodarskich, by opłatkiem i strawą wigilijną podzielić się ze zwierzętami, przede wszystkim z krową, wołem i owcą, bo to one były  w stajence betlejemskiej. Potem śpiewano kolędy i zostawiano na stole trochę jedzenia dla dusz zmarłych, bo górale wierzyli, że dusze zmarłych domowników przychodzą w tę noc do swojego domu. Panny w ten wieczór, podobnie jak w Andrzejki, wróżyły sobie o zamąż- pójściu, np. z której strony zaszczeka pies, z tej przyjdzie przyszły mąż. Gromadnie szli na pasterkę zwaną północką, po której pośpiesznie wracali do domów, bo wierzyli że kto wróci biegiem do domu, będzie cały rok zdrowy. Wierzono także, że w tę noc o północy woda w rzekach i potokach nie tylko przemienia się w wino, ale ma dobre działanie na człowieka i zwierzęta, więc nabierano ją do konwi, by rano w niej umyć się i pokropić bydło.
     
  • Boże Narodzenie przez górali sądeckich było uważane na równi z Wielkanocą za wielkie święto, więc należało iść do kościoła na mszę i potem siedzieć w domu. Jak nakazywała tradycja, w ten dzień nie wolno było wykonywać żadnej pracy poza nakarmieniem bydła. Nie wolno było np. zaścielać łóżka, prasować, zamiatać izby, odwiedzać rodziny i sąsiadów, stawać rano bosą nogą na podłodze, tylko nałożyć buty lub skarpety, bo nieprzestrzegania tego, powodowałoby robienie się wrzodów na stopach. Nie chodzili też po kolędzie kolędnicy. Gospodarzowi nie wolno było położyć się na łóżku lub ławie, bo zboże zwaliłoby się przed żniwami. W Łącku po obiedzie wróżyli na urodzaj z rozżarzonych węgielków wyjmowanych z pieca, a w innych miejscowościach robili to w wigilię. Każdy węgielek oznaczał inną uprawę. Obserwowali, który z nich najlepiej obsypie się popiołem, to ta uprawa będzie obfita. Także w ten dzień okadzano zwierzęta i oborę ziołami poświęconymi w oktawę Bożego Ciała i w św. M.B. Zielnej dla zapobieżenia przed działaniem czarownic.
     
  • Św. Szczepana (26 grudnia) - Przed świtem młodzi chłopcy biegali z owsem i życzeniami po domach, za co dostawali placki i nieraz pieniądze. O świcie gospodyni likwidowała stół wigilijny, a gospodarz ze snopka robił powrósła i z tymi spod stołu okręcał drzewa owocowe by dobrze rodziły oraz uderzał obuchem siekiery w pnie drzew – jako groźbę ścięcia, jeśli w następnym roku nie będą owocowały. Chleb ze stołu jedli domownicy i po kawałeczku dawano też zwierzętom. Słomą i sianem ze stołu karmiono bydło, a kury ziarnem ze snopka. W niektórych wsiach owies ze stołu dawano koniom i krowom z samego rana. Obowiązkowo domownicy szli na mszę do kościoła. Święcono owies z każdego gospodarstwa – robił to gospodarz – owies ze stołu i ze spichlerza niósł do poświęcenia, dodając go później do ziarna przeznaczonego na siew, na lepszy urodzaj. Obsypywał też nim domowników składając życzenia; na zdrowie, na pomyślność, na dobrobyt. Chłopcy nieśli owies do kościoła przede wszystkim po to, by nim obsypać swoje sympatie. Nigdy nie obsypywano się  jęczmieniem, bo wierzono iż mogłoby to spowodować wejście robactwa do domu, a u domowników tworzenie się wrzodów i strupów. W drugi dzień świąt panowała wesołość, odwiedzali się krewni i sąsiedzi, składali sobie życzenia, stroili różne żarty, śpiewali i organizowali zabawy przy muzyce. Już po północy młodzi szli z owsem na podłaz, śpiewali za oknami kolędy. Mówiło się, że podłażniki przyjdą. Podłażnicy z owsem chodzili przez cały dzień – kawale-rowie do panien (str.376 Kultura ludowa Górali Sądeckich). Był zwyczaj, że wieczorem przychodził kawaler do domu panny, wobec której miał poważne zamiary, posypywał owsem, składał życzenia i przyniesioną wódką przepijał do ojca panny. Jeśli był w tym domu mile widziany, zapraszano go do stołu i biesiadowano. Gdy nie podobał się pannie, która chowała się przed nim, nie biesiadowano i kawaler odchodził. W okresie od św. Szczepana do Trzech Króli, a nieraz dłużej, po wsiach chodzili kolędnicy. Zwyczaj nakazywał przyjęcie ich w domu, poczęstunek i obdarowanie kolędą. Najczęściej były to grupy z herodem, nazywane żywą szopką i grupy z szopką lalkową z postaciami wystruganymi z drzewa. Dość wcześnie zaczął zanikać zwyczaj chodzenia grup z gwiazdą i z maszkarami zwierzęcymi: z turoniem, kozą, konikiem i niedźwiedziem – czasem z baranem. W niektórych wsiach wspominano archai-czny zwyczaj wprowadzania do izby w czasie kolędy żywych zwierząt i karmienie ich sianem i chlebem. (szczegółowy opis grup kolędniczych, ich ubiorów i zachowań, znajduje się na str. 378-384 w publikacji pt. Kultura ludowa Górali Sądeckich).
     
  • Św. Jan Ewangelista – Apostoł (27 grudnia) - To patron trzeciego dnia świąt, w którym trze- ba było iść do kościoła poświęcić wino, bo wierzono, że poświęcone jest lekarstwem szczególnie na chore gardło, a i ksiądz w kościele podawał każdemu łyk święconego wina. Dawniej niesiono dużą flaszkę wina, teraz niosą małą flaszeczkę. W dniach pomiędzy święta-mi a Nowym Rokiem we wsiach nic szczególnego się nie działo. Nie było zwyczaju obchodzenia Sylwestra. Dopiero w latach powojennych przeniósł się z miasta zwyczaj organizowania zabaw Sylwestrowych przy muzyce, które urządzano w większych domach i na których bawili się sąsiedzi.
     
  • Nowy Rok – (1 styczeń) - W tym dniu po wsiach chodziły grupy chłopców w wieku szkolnym zw. nowolecioki (nowolecięta), mówiono, że chodzą po nowym lecie. Przed drzwiami śpiewa-li kolędy, składali życzenia i za to dostawali poczęstunek i czasem pieniądze. Inną grupą kolę-dującą były tzw. szczodraki, małe i starsze dzieci, bez specjalnego przebierania i jak zostali czymś obdarowali, śpiewali: za kolędę dziękujemy, szczęścia, zdrowia wam życzymy, a jak przyjdzie nowe lato, zapłaci wam Pan Bóg za to. Jeśli w tym dniu przychodziły w odwiedziny ciotki lub chrzestne matki, to powszechnym zwyczajem było obdarowanie dzieci buchtami lub  kukiełkami.
     
  • Św. Trzech Króli – Objawienie Pańskie (6 stycznia) - W dniu tym górale święcili wodę, kredę i kadzidło. Wodę nazywaną trzejkrólową trzymano przez cały rok i używano jej przy wszystkich zabiegach magicznych w gospodarce rolno-hodowlanej, chroniących przed czarami i burzą. Mirrę i kadzidło zastępowano poświęconymi owocami z jałowca, które po powrocie do domu, rzucali na rozżarzone węgielki i okadzali całą chałupę i zwierzęta w stajni. Zwyczaj ten stosowano dla zabezpieczenia domu przed nieszczęściami, a zwierzęta przed chorobami. Kreda dawniej i współcześnie służy do napisania skrótów imion Trzech Króli, co w przeszłości czynił to ksiądz w asyście organisty i kościelnego chodząc po kolędzie. Za tę posługę dawano im zboże i jedzenie, którym później dzielili się. Kreślenie święconą kredą znaku krzyża na drzwiach stajni i na rogach krów, zapewniało ochronę. W wigilię i w samo święto chodziły po kolędzie trzyosobowe grupy chłopców przebranych za Trzech Króli i czasem do nich dołączała grupa przebierańców z muzyką.
     
  • Godzenie służby – Od Trzech Króli zaczynał się okres zw. godami i trwał do św. Antoniego (17 stycznia). W tym dniu upływał termin rocznej służby i gospodarze w tym czasie godzili służbę na cały następny rok, a czeladź - dziewczęta służebne, pastuchy i parobcy - miała czas wolny, spędzając go w domach rodzinnych. Na drogę dostawali kolędę pieniężną, kołacz lub chleb i kawałek słoniny. Musieli jednak wrócić do swoich gospodarzy w dniu św. Antoniego. Powtarzano przysłowie; święty Antoni ostatniego czeladnika na służbę goni. Najczęstszą formą zapłaty za roczną służbę było ubranie wierzchnie, codzienne i świąteczne, dwie zmiany bielizny, buty i tyle par kierpców ile zdarł. Zdarzało się czasem, że chłopcom sprawiano spodnie z fabrycznego materiału, a dobrym parobkom gospodarz dawał przysiwek – czyli ka-wałek gruntu, by go sobie obsadził swoimi ziemniakami lub obsiał swoim zbożem. Dobremu pasterzowi gospodarz dawał jagnię, z prawem do wypasu przy stadzie.
     
  • Św. Matki Bożej Gromnicznej – Ofiarowanie Pańskie  (2 lutego) - Powszechnie do czasów współczesnych, wśród górali sądeckich utrzymuje się zwyczaj święcenia w tym dniu gromnic, zdobionych jedliczyną, mirtem, później asparagusem i białą lub niebieską wstążeczką, którym zawsze i teraz zajmują się kobiety. Gromnice musiały być wykonane z czystego wosku, czym dawniej zajmowali się pszczelarze. Były duże i długie, więc święcono je wielokrotnie, dzięki czemu w przekonaniu górali, nabierały większej mocy przy odpędzaniu burzy i przed złymi duchami. Dlatego gospodyni zgodnie ze zwyczajem, z poświęconą i zapaloną gromnicą, modląc się obchodziła domostwo, każdy jego kąt, klękała na każdym progu, aby te złe duchy nie miały do niego dostępu. Czyniła to też w budynkach gospodarczych. Dawniej i obecnie gromnicę wkłada się do ręki umierającemu człowiekowi. Górale byli też przekonani, że gromnica ochrania ludzi przed wilkami. Przekonanie to opierali na powtarzanej wśród ludzi opowieści o Matce Bożej, która idąc do św. Elżbiety, została napadnięta przez wilki i kiedy zapaliła gromnicę, wilki od niej odstąpiły.
     
  • Św. Błażeja – (3 lutego). Zwyczajowo w tym dniu chodzili do kościoła święcić jabłka, bo wierzono, że zjedzenie takiego, chroni przed chorobami gardła. Poza tym każdego z uczestników mszy św., ksiądz błogosławił przez przykładanie pod brodę dwóch skrzyżowanych długich świec, co także miało chronić przed wszelakimi chorobami gardła.
     
  • Św. Agaty – (5 lutego) – W dzień św. Agaty święcono chleb, sól i wodę, z czym były związane określone wierzenia i zwyczaje. Po spożyciu po odrobinie święconego chleba, soli i wody przez każdego z rodziny zapewniało im zdrowie i chroniło przed chorobami gardła. Podawano też taką mieszaninę zwierzętom w zagrodzie. Oprócz tego wrzucano do ognia kawałek chleba gdy zbliżała się burza, dla odpędzenia jej od domostwa. Sól wrzucona do ognia podczas pożaru, miała zmieniać kierunek ognia,  chronić przed jego rozszerzaniem się i pomagać przy gaszeniu. Poświęconą wodę, okruszynę chleba i soli, wlewano do znalezione-go nowego źródełka, co miało zapewnić w nim, ciągłą obecność wody. Chleb, sól i wodę wykorzystywano też przy odczynianiu uroków.
     
  • Zapusty - Okres od Bożego Narodzenia do Środy Popielcowej zwany powszechnie karnawałem, był najweselszym czasem w życiu wsi. Górale sądeccy na całym zajmowanym obszarze zapustami nazywali ostatnie trzy dni karnawału do północy przed środą popielcową. Był to czas śpiewów, biesiadowania z sąsiadami podczas wzajemnych odwiedzin, zabaw w karczmach w których bawiła się ludność mniej zamożna. Natomiast grubsi gazdowie ładowali na furmankę antałek piwa, pokaźną flaszkę rumu, herbatę, kawał głowy cukrowej, jechali do kumotrów lub krewnych i stając przed progiem śpiewali: Puście nos tu puście, w dzisiojsym zopuście, kcemy powyjadać spyrecke w kapuście. Jedli dużo mięsa i potraw tłusto omaszczonych, popijając gorzałką. Młodzież której nie dopuszczano do takich zabaw, w tym samym czasie bawiła się we własnym gronie rówieśniczym. W ostatni dzień zapustów gospodarze tańczyli wściekłe polki na urodzaj ziemniaków, owsa i żyta, a kobiety na urodzaj lnu i konopi, mocno tupali i wysoko podskakiwali. Były też zwyczaje – dzisiaj zapomniane – wieszania we wtorek u tragarza w stajni kawałka słoniny, którą smarowano wymiona krów i owiec podczas wypasu, dla ochrony przed ukąszeniami gadów oraz chodzenia w pierwszy dzień zapustów czyli w niedzielę trójki ubogich parobków przebranych za Żyda, dziada i Cygana, którzy od gazdów zbierali dary w naturze. Zwyczajowo w karnawale i w ostatki urządzano wesela. Jednak przestrzegano terminu zakończenia tych hulanek, bo wierzono, że przekroczenie północy z wtorku na środę popielcową sprowadzi nieszczęścia. W całych Karpatach znana była i powtarzana opowieść o tym, że z powodu przekroczenia tego czasu, zapadła się karczma.
     
  • Wielki Post – W codziennym życiu górali karpackich Wielki Post postrzegany był jako czas ciszy, skupienia i modlitwy. Zaczynał się od Środy Popielcowej zwaną przez górali wstępną, w którą należało iść do kościoła i posypać głowę popiołem. Zwyczaj ten kontynuowany jest do współczesnych czasów. Kobiety od rana szorowały garnki popiołem, by na nich nie została odrobina tłuszczu, bo przez okres całego postu nie spożywano mięsa, jedzenie było jałowe, bez tłuszczu, najwyżej dodawano troszkę lnianego oleju. Podstawą codziennego jadłospisu był żur z mąki owsianej lub jęczmiennej, gotowane lub pieczone ziemniaki, karpiele i kapusta. Gotowano polewkę z suszonych śliwek. Na wodzie z kiszonej kapusty przyrządzano polewkę zabielaną mlekiem lub mąką zwaną kapuściorką. W środę popielcową jedli tylko raz i były to ziemniaki z kakapuściorą. Poszczono też w środy, piątki i soboty, a nawet nie pito mleka, a ścisły post obowiązywał w środę popielcową i w Wielki Piątek. Nie wolno było urządzać wesel ani żadnych zabaw, instrumenty były pochowane. Obowiązywały skromne ciemne ubiory, bez kwiatów. Należało się tylko modlić, chodzić do kościoła w piątki na drogę krzyżową, a w niedzielę na gorzkie żale. W połowie Wielkiego Postu w tzw. półpoście  urządzano rozmaite zwyczajowe żarty. Mówiono, że „post się waży”. Pośrodku sznura przywiązywano dwa garnki z żurem zachowując między nimi pewną odległość. Sznur z garnkami przewieszano na gałęziach jabłoni i z jednej strony ciągnęły go baby, a z drugiej chłopy. Wszyscy starali się by równo wyważyć garnki, co znaczyło, że w równej mierze dotrzymywali postu. Najczęściej kończyło się to oblaniem zawartością garnków jednej ze stron. W garnkach zamiast żuru była woda wymieszana z popiołem.
     
  • Święta Wielkanocne w oparciu o kalendarz gregoriański obchodzone są niezmiennie w nie- dzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca, przy czym za początek wiosny przyjmuje się dzień 21 marca. Na tradycyjnej obrzędowości ludowej tego okresu, równolegle z zachowania- mi wynikającymi z pobudek religijnych, trwałe ślady odcisnęły pozostałości wierzeń odwołujących się w symboliczny sposób do pierwotnego kultu życiowych sił przyrody przezwyciężających zimową martwotę.
     
  • Niedziela Palmowa, zwana kwietną, ma uroczysty, świąteczny charakter poprzez zwyczaj święcenia palm wielkanocnych. Palmy Wielkanocne obok licznych zwyczajowych praktyk religijno-magicznych, które miały na celu zapewnienie pomyślności w gospodarce rolno-hodowlanej, w całych Karpatach były powszechnie uznawanym środkiem apotropeicznym (magicznym) działającym przeciwko burzy, chroniącym przed wszelakim złem. Wkładanie poświęconych bazi do ziarna siewnego i do ziemniaków sadzeniaków było zwyczajem powszechnie praktykowanym przez górali. Gałązkami palmy uderzano też bydło przed pierwszym wiosennym wypasem, aby zapewnić mu na pastwisku bezpieczeństwo i zdrowie. Palmy w całości wykonywane były przez mężczyzn, szczególnie  kawalerów, i oni je nieśli do kościoła, Mówiono – im dłuższa, tym honorniejszo, jedna palma z każdego domu. Dzieciom, szczególnie chłopcom robiono małe palemki. Do budowy palm używano: żerdzi z leszczyny lub jodły, długie kije z wikliny lub wierzby, bazie i na wierzchołek dużą kitę rośliny bagiennej zw. rogoziną.  Przystrajano palmy barwinkiem, mirtem lub bukszpanem, kwiatkami i wstążkami z bibuły, które przygotowywały kobiety. Dawne palmy u dołu, obwiązywano batem skręconym z włókien lnu. Poświęcony w palmie bat był bardzo ceniony przez gospodarzy, furmanów i pasterzy bydła gdyż wierzono, ze ma cudowne właściwości, zdolny uchronić przed urokami i wszelkim złem na pastwisku, w czasie prac końmi na polu i w lesie. Od dawna był zwyczaj, że ksiądz nagradzał najwyższe i najładniejsze palmy. Po powrocie do domu gospodarz wchodził do obory z palmą, którą głaskał i dotykał wszystkie zwierzęta, by chronić dobytek od chorób i od burzy na pastwisku. Palmę stawiano pod dachem – nigdy w domu, bo złaziłyby się do niego myszy, szczury, muchy, komary i pająki, ale o tym dzisiaj się już nie pamięta i palmy są wnoszone do izb. Po rozebraniu plamy robiono krzyżyki, które zatykali pod tragarz w stajni, nad wejściem do domu i na wrotach budynków gospodarczych. W Poniedziałek Wielkanocny jeszcze przed wschodem słońca, gospodarz wbijał krzyżyki na polach z oziminą i na grządkach warzywnych dla ochrony przed burzą i powodzią. Nieraz były to tylko małe gałązki palmowe - nie krzyżyki - z powiewającą kolorową wstążeczką. Wszystkie te działania miały chronić domowników i dobytek przed wszelakimi nieszczęściami i klęskami. Palmę przechowywano przez cały rok i używano ją do okadzania konia z pługiem przed pierwszą orką, bydło i owce przed pierwszym wypędzeniem na pastwiska.
     
  • Wielki Tydzień – (data ruchoma) - Były to pracowite dni związane z wszelakimi przygotowaniami do Świat Wielkanocnych. Należało dom obielić, dokładnie wysprzątać wszystkie pomieszczenia w domu i w zagrodzie.
     
  • Wielka Środa - Przygotowywano się do przeżywania najważniejszych dni Wielkiego Tygodnia, obowiązkowo wykonywania tradycyjnych różnych zabiegów magicznych w następnych dniach, a gospodynie rozpoczynały przyrządzanie świątecznego pożywienia.
     
  • Wielki Czwartek rozpoczynał Triduum Paschalne. Wieczorem szli do kościoła na nabożeństwo i gdy milkły dzwony, używali kołatek nazywanych tu klapackami. W Kamienicy chłopcy po mszy i procesji biegli z klapackami od kościoła do kaplicy na końcu wsi. Wśród górali karpackich było silnie rozpowszechnione wierzenie, że zanim noc przemieni się w dzień (z czwartku na piątek) woda posiada cudowną  oczyszczającą i uzdrawiającą moc. Jeszcze do czasów II wojny światowej, powszechnie praktykowano zwyczaj mycia się lub nawet obrzędowej kąpieli w wodzie bieżącej, podczas której matki uderzały dzieci wierzbowymi gałązkami i mówiły: Boże rany, Boże rany, Chrystus był ukrzyżowany. Miało to im zapewnić zdrowie.
     
  • W Wielki Piątek obowiązywał ścisły post. Należało zachowywać się tak, jak po śmierci domownika. To był czas długiej i gorącej modlitwy, która trwała nieraz parę godzin. Przy grobie Pana Jezusa stała straż, nazywana tu hetmanami. Obowiązywał zakaz prac polowych, zwłaszcza ruszania ziemi – bo Pan Jezus leży w grobie. Nie wolno było niczego tłuc, przybijać, rąbać drzewa, kuć żelaza, szorować piaskiem garnków, bo Pan Jezus bardzo cierpi. W Łącku do II wojny światowej był zwyczaj, że rano, w południe i wieczór koło kościoła zbierali się chłopcy z drewnianymi kołatkami, chodzili wokół kościoła i po ulicach, wystukując potrójny rytm. Mówiono, że zastępują dzwony oznajmiające czas na Anioł Pański. Górale uważali, że Wielki Piątek był dniem sprzyjającym złym mocom, dlatego broniąc się przed ich działaniem, ludzie przestrzegali zakazu wydawania mleka po zachodzie słońca, pożyczania, sprzedawania i dawania czegokolwiek z gospodarstwa, nikogo nie odwiedzali i obcych nie wpuszczali do domu.
     
  • Wielka Sobota - Święcenie wody, ognia i pokarmów. Woda święcona nazywana wodą chrzcielną uchodziła za sacrum o właściwościach apotropeicznych (magicznych), przechowywana przez cały rok, używana do pokropienia krów, by uchronić je od czarownic, które odbierały mleko oraz pozostałej zwierzyny domowej, zaprzęgów konnych z pługiem przed pierwszą orką, bydła i owiec przed wypędzaniem na pierwszy wypas, po ocieleniu krowy, przy kolędzie i troszkę wlewano do studni. Ogień. Umocowane na drutach huby, z buka, wierzby lub jabłoni, gospodarze i chłopcy odpalali od święconego ognia i wracając cały czas nimi huśtali, by ogień donieść do domów. Gospodarz z hubą trzy razy obchodził dookoła dom sad i zagrodę, a w stajni okadzał cały inwentarz dla ochrony przed działaniem złych mocy i by się darzyło. W Łącku tę hubę kładli na oknie w czasie burzy – chroniła od uderzenia pioruna. Praktykowano to jeszcze w całym regionie w latach 70-tych XX wieku. W Szczawie przynosiło się głowienki opalone w święconym ogniu i wbijano je w pola, żeby zbiory były obfite. Pokarm. W dawnych czasach do święcenia przynoszono całe jedzenie przeznaczone na okres świąteczny. Później święcono; chleb, jaja, masło, sól, chrzan, ocet, ser owczy, kołacze, kilka ziemniaków do sadzenia i baranka z ciasta. W Maszkowicach, Łącku i oko-licach święcili podskrobek – placek upieczony z resztek ciasta  wyskrobanego z dzieży chlebowej, przeznaczony dla krów i cieląt. Dopiero od początku XX w. święcono wędliny. Mieszkańcy Kamienicy po wyjściu z kościoła obdarowywali święconką grabarza. Po powrocie do domu ze świonceliną, stawali pod oknem i wołali; żeby wszystkie gady poszły precz albo wszystkie gady do gromady. Było to magiczne oczyszczanie domu z różnego robactwa. Do oddalonych wsi od kościoła, np. do Zalesia przywożono księdza, by poświęcił pokarmy.
     
  • Wielka Niedziela – (data ruchoma) to podobnie wielkie święto jak Boże Narodzenie obchodzone w ścisłym gronie rodzinnym. Po powrocie z rezurekcji śniadanie rozpoczynali od modlitwy, potem każdy dostał kawałek chleba z solą, którą lizali i jej grudkami pocierali gardło żeby nie bolało, następnie jedli jajko z kawałkiem chrzanu, którym robili krzyżyki na czole, ustach, przy uchu i na piersiach - bo to chroniło przed chorobami. Następnie z jednej miski jedli świancelinę - tradycyjną potrawę wielkanocną, zwaną też  trzęsionką,przygotowaną ze wszystkich poświęconych pokarmów na ciepłej serwatce lub maślance. Resztki dawano po troszku każdemu zwierzęciu w zagrodzie. Skorupki z jaj dostawały kury, a część z nich gospodyni pozostawiała dla przyszłych kurcząt – by chroniły je przed wronami. Skorupki ze święconych jaj stosowano też na ból kości, które tłuczono i mielono, zalewano wodą i wypijano. Święconą sól i chleb, stosowano na ból brzucha. Starano się też dowiedzieć, która kobieta we wsi jest czarownicą, więc podczas procesji rezurekcyjnej obserwowano, która z nich obchodzi kościół tylko raz, to tę uważano za czarownicę.
     
  • Poniedziałek Wielkanocny zwany przez górali sądeckich śmigurtem, był dniem bardzo radosnym i wesołym w porównaniu do powagi i ciszy okresu Wielkiego Tygodnia. Ożywiały się kontakty rodzinne, sąsiedzkie i koleżeńskie, Najważniejszym jednak był aktualny po dzisiejsze czasy, zwyczaj polewania się wodą, nazywany dziś – śmigusem-dyngusem. Chłopaki wcześniej przygotowywali z wierzbiny lub dzikiego bzu specjalne sikawki do polewania. Najwięcej wody wylewali na panny, które cieszyły się we wsi większym powodzeniem, lub robili różne figle. Jak była okazja i blisko potok lub niegłęboka rzeka, do niej wrzucali dziewczęta albo do beczki po kiszonej kapuście, napełnionej wodą. Kawalerka wymyślała różne psoty, np. malowali wapnem okna, na rynek w Łącku wynieśli wygódkę, wóz wywieźli do rzeki, gospodarzowi lub pannie przed drzwiami postawili dziada ze słomy, albo sanie wynieśli na dach. W dolinie Kamienicy chodzili turkoce – nie tylko poprzebierani kawale- rowie, ale i żonaci, usmarowani sadzą, odziani w stare ubrania, pookręcani słomianymi powrósłami, w wysokich czapach ze słomy na głowach. W rękach trzymali lagi lub potężne kije. Turkali – trrrrrrrr  i zbierali do kobiałek jajka.

Opracowanie Michalina Wojtas

Bibliografia.

  1. Kultura ludowa Górali Sądeckich od Kamienicy, Łącka i Jazowska, Praca zbiorowa pod redakcją Katarzyny Ceklarz i Magdaleny Kroh, Kraków 2016, Biblioteka Górska Centralnego Ośrodka Turystyki Górskiej PTTK w Krakowie.
  2. Kwaśniewicz Krystyna, Zwy