s

Wiara w świat nadzmysłowy – demony i duchy, obecna w przeszłości wśród mieszkańców Niżnego i Skalnego Podhala należy już dzisiaj do historii. Wiedzę na jego temat przekazywano sobie w ramach ustnych przekazów, podań opowiadanych w kręgu rodzinnym bądź sąsiedzkim. Wątki zawarte w opowiadaniach spotykanych na Podhalu były podobne do wątków odnotowywanych przez badaczy na terenie całych Karpat. Występowały w nich historię dotyczące istot związanych z wodą, i powietrzem, a także lasami, polanami, niedostępnymi turniami i tatrzańskimi skałami oraz miejscami niezwykłymi jak cmentarz, rozstajne drogi czy granice wsi. Niektóre z tych istot przybierały postać ludzką lub człekokształtną, inne ukazywały się jako zwierzęta, jeszcze inne bywały niewidzialne. W przypadku tych ostatnich o ich obecności dowiadywano się obserwując wypadki i zaistniałe skutki.

Badania etnograficzne dotyczące demonologii Górali Podhalańskich prowadzone były od XIX wieku. Wzmianki dotyczące tej tematyki znajdują się m.in. w pismach ludoznawcy Ludwika Kamińskiego (1809-?), pisarza Seweryna Goszczyńskiego (1801-1876), badacza kultury Podhala Stanisława Eljasza-Radzikowskiego (1869-1935), językoznawcy Władysława Kosińskiego (1844-1814), etnografa Oskara Kolberga (1814-1890) oraz historyka Karola Podkańskiego (1861-1907). W wieku XX zainteresowanie ludowymi wierzeniami wśród badaczy nie malało. Zagadnienie to badały jednak głównie kobiety m.in. Barbara Bazińska (1918-1994), Anna Kowalska-Lewicka (1920-2009) oraz Urszula Lehr.

Jednym z najgroźniejszych demonów czyhających na ludzi był topielec. Demon powstający z duszy zmarłego człowieka: samobójcy lub nieochrzczonego, utopionego dziecka. Według Górali Podhalańskich panowało przekonanie, że topielec musiał pokutować przez siedem lat, wciągając przez ten czas ludzi do wody i usiłując ich utopić. Jeden bardziej znanych topielców pokutował w Morskim Oku w dolinie Rybiego Potoku. Opowiadano, że któregoś dnia wypłynął ze stawu i trzęsąc się z zimna wszedł do schroniska, aby się ogrzać przy piecu. Ludzie częstowali go herbatą i wódką, ale nie chciał nic pić. Gdy się już ogrzał to wyszedł z izby i udał się prosto w kierunku stawu. Po chwili cała dolina zasnuła się gęstą mgłą, a na niebie pojawiły się ciężkie, burzowe chmury zwiastujące nawałnicę.

Walka z topielcem, była trudna, właściwie skazana na przegraną, ze względu a ogromną siłę którą dysponował. By pozbawić go owej siły, i tym samym ustrzec się przed niebezpieczeństwem, należało zarzucić na niego sznurek od gaci, nawlekany dawniej w pasie zamiast gumy. Wierzono, że w wyniku tego działania topielec utraci moc i przestanie niepokoić ludzi z danej wsi.

Oprócz topielca groźne dla człowieka były również boginki-dziwożony – demoniczne istoty płci żeńskiej, zamieszkujące brzegi rzek, potoków oraz górskich stawów. Według Górali Podhalańskich charakteryzowały się ciemną karnacją, upodabniające je do cygańskich kobiet. Wyobrażano je sobie jako istoty niskie, brudne, ubrane w łachmany, strzępy startach szmat lub zupełnie nagie. Ich włosy były długie, sięgające kostek i zmierzwione. Lubiły przyozdabiać je czerwonymi wstążkami, wiankami z polnych kwiatów oraz gałązkami paproci. Oczy boginek świeciły niczym kaganki, a długie i obwisłe piersi służyły im do prania brudnej bielizny zamiast kijanek. Mówiono, że boginki miały mężów tzw. bogincorzy, ale niewiele na ich temat wiadomo, oprócz tego, że lubili dokuczać chłopcom chodzącym bez kapelusza. Gdy takiego spotkali tańczyli z nim tak długo, aż upadał pozbawiony sił. Znacznie więcej wiadomo na temat ich dzieci, które wyobrażano sobie jakie szkaradne stworzenia o ogromnym, wiecznie nienasyconym brzuchu, dużej baniastej głowie, końskich zębach oraz krótkich rączkach i krzywych nogach. Z dziećmi wiązało się największe zagrożenie jakie niosły ze sobą boginki. Uważano, że demony te podmieniają ludzkie dzieci na swoje. Niebezpieczeństwo dotyczyło zwłaszcza niemowląt, które nie zostały jeszcze ochrzczone. Aby nie dopuścić do porwania góralki stosowały przeróżne środki zaradcze: przede wszystkim pilnowano niemowlęcia jak oka w głowie, okna i drzwi domu kropiono poświęconą wodą, wokół łóżka, na którym spała położnica z dzieckiem, układano metalowe i ostre przedmioty m.in. noże, siekiery i widły, mające odstraszyć boginkę. Gdy mimo środków ostrożności doszło jednak do podmiany matka mogła zrobić tylko jedno – wynieść odmieńca na śmietnik i zbić miotłą lub rózgą. Krzyk dziecka miał przywołać boginkę i zmusić ją do oddania porwanego noworodka.

Oprócz dzieci boginki były niebezpieczne także dla kobiet w połogu. By młoda matka nie została porwana obowiązywała ją izolacja – surowy zakaz wychodzenia z domu przed wywodem (rytuałem oczyszczającym odbywającym się sześć tygodni po porodzie). Dodatkową ochronę przed boginkami stanowiły zioła, w tym zwłaszcza dziurawiec (Hypericumperforatum), zwany na Podhalu dzwonkiem, fugądaemonum lub krewką Matki Bożej. Trzecia z wymienionych nazw nawiązuje do czerwonego soku, który dziurawiec puszcza po roztarciu  w palcach. 

Echem wiary w istnienie boginek jest funkcjonująca do dnia dzisiejszego przestroga kierowana do płaczliwych lub niegrzecznych dzieci na Podhalu: „przestań płakać bo cię boginka porwie” lub, „co tak płaczesz, czyżby cię boginka odmieniła?”.

Władcą chmur, gradu, wichrów i piorunów był wedle wierzeń dawnych mieszkańców Podhala płanetnik – półdemoniczna istota o nadprzyrodzonej mocy. Wyobrażano go sobie jako ociekającego wodą mężczyznę. Pojawiał się ubrany po góralsku w cuchę i portki, lub na czarno, niczym „pan z miasta”. Widząc płanetnika należało traktować go z szacunkiem, a najlepiej suto ugościć. W przeciwnym razie mógł się straszliwie zemścić zsyłając na dane gospodarstwo (lub na całą wieś), burze z gradem i piorunami. By ochronić dobytek przed szkodliwą działalnością płanetników należało zaopatrzyć się w dziewięciokrotnie poświęcony „dzwonek burzowy”, śpizok, zwany także „loretańskim”. Dzwonek ten miał moc odganiania chmur i przepędzania płanetnika w inne miejsce. By dodatkowo wzmóc działanie dzwonka palono podczas burzy zioła poświęcone w oktawie Bożego Ciała (data ruchoma) lub w dniu Matki Boskiej Zielnej (15 sierpnia). Wierzono, że powstały w ten sposób dym zabezpieczy dom przed uderzeniem pioruna. W oknach stawiano zapaloną gromnicę, a na silny wiatr rozsypywano mąkę coby wiater pojad i ucichł.

Zmorę czyli niewidzialną, ale bardzo ciężką nocną mare, określano gnieciufem (siedliskiem). Zmora pojawiała się zazwyczaj podczas snu i siadała śpiącemu na piersiach powodując utratę oddechu, uporczywy kaszel i ból w klatce piersiowej. Zazwyczaj była niewidzialna, ale mogła pojawić się pod postacią czarnego ptaka. Zdarzało się, że gnieciuf kąsał swoją ofiarę, a pozostawione przez niego ślady przypominały ślady zębów kota. Chcąc się przed nim ochronić należało przede wszystkim unikać spania na wznak. Zalecano spanie na lewym lub prawym boku, a w razie niebezpieczeństwa ruszania dużym palcem u nogi. Podobno można było przepędzić zmorę, używając do tego przekleństw.

Podczas snu ludzi nawiedzały także upiory. Ludowa wyobraźnia widziała upiora w każdym, kto zmarł w sposób nienaturalny, a po śmierci był nadal „na wpółżywy” – miał elastyczne ciało i jeden bok ciepły. Ochronę przed upiorem stanowiły ząbki czosnku poukładane na parapetach i na progu domu, a także rozsypane tam ziarenka maku oraz święcone zioła.  Zmarłym, których podejrzewano o możliwość przeistoczenia się w upiora na wszelki wypadek przebijano pięty i odwracano ich w trumnie twarzą w kierunku ziemi. 

W wyniku nienaturalnej śmierci dusza ludzka mogła przeistoczyć się w ducha (stracha). Strachy nie były niebezpieczne, ale wywoływały lęk. Wśród Górali Podhalańskich powszechna była wiara, że duchem pokutującym za grzechy stanie się ten kto oszukiwał za życia, zwłaszcza geodeta, który źle wymierzył grunt. Duchy te, zwane granicnikami lub miernikami, spotykano na miedzach i granicach pól, tam gdzie dopuściły się oszustwa. Inne duchy panowały w górach, strzegąc ukrytych skarbów lub drogi prowadzącej do tajemnej skrytki. Ze względu na  tę straż, podziemne bogactwa można było szukać i zabierać tylko w określone dni w roku (np. wigilia Bożego Narodzenia – 24 grudnia, wigilia św. Jana – 23 czerwca, Niedziele Palmową, Wielki Piątek). Po dotarciu na miejsce rysowano na ziemi magiczny krąg, okadzano go poświęconymi ziołami, kropiono poświęconą wodą i dzwoniono dzwonkiem loretańskim, odmawiając przy tym modlitwy. Wierzono, że zabiegi te neutralizowały działalność duchów strzegących kosztowności i złota i umożliwiały ich bezpieczne pozyskanie. Jednym z miejsc gdzie do dziś można zobaczyć znaki poszukiwaczy skarbów jest Wąwóz Kraków w Dolinie Kościeliskiej.

Na pokutę i wieczne potępienie skazane były dusze samobójców oraz ludzi zamordowanych. Duchy te ukazywały się zazwyczaj tam gdzie dokonały żywota. W miejscu ich śmierci słychać było krzyki, wycie lub zawodzenie i szloch. Jadące nieopodal konie zatrzymywały się i nie chciały ruszyć z miejsca, lub przeciwnie, zaczynały gnać jak oszalałe. Przechodzący nieopodal ludzie czuli się nieswojo, jakby ktoś ich stale obserwował. Nagle odczuwali przerażające zimno, dotyk czyichś rąk lub szarpanie za fragmenty odzieży. Czasem pojawiały się straszydła w postaci człowieka bez głowy, dziecka, czarnego psa lub istoty o świecących na czerwono oczach. W miejscach, w których straszyło odmawiano modlitwę,  stawiano kapliczkę lub wbijano w ziemie drewniany krzyż. Najlepiej jednak było trzymać się od takich miejsc z daleka.

Unikanie bezpośrednich kontaktów zalecane było także w przypadku kobiet posądzanych o konszachty z diabłem – czyli czarownic. Nie było to łatwe, gdyż, jak pisał Ludwik Kamiński: „Góral przede wszystkim pragnie i ciekawy mocno dowiedzieć się, azali we wsi jakiej znajdują się czarownice, bo że być muszą, o tym aż nadto pewny. Wszak istnienie tychże sprawdza się codziennymi wypadkami”. Działalność czarownic koncentrowała się na odbieraniu krowom mleka, psuciu go tak, że nie nadawało się do spożycia oraz rzucaniu uroków na ludzi i zwierzęta. Odbieranie mleka polegało na „skradaniu” go w magiczny sposób od cudzych krów, przy jednoczesnym zwiększaniu ilość mleka krów należących do czarownicy. Psucie mleka miało na celu wyłącznie zemstę i działanie na szkodę – czarownica za pomocą odpowiednich czarów powodowała, że mleko poczarowanej krowy śmierdziało, zachodziło krwią lub szybko kwaśniało. Rzucanie uroków odbywało się najczęściej za pomocą oczu. Były to czary rzucane spojrzeniem. Mogły tego dokonać nie tylko czarownice, ale także  osoby, które miały złe oczy (czasem nawet nieświadomie). Urok powodował chorobę, szczególnie groźną dla małych dzieci i młodych zwierząt, u których mógł doprowadzić do śmierci. Choroba z uroku objawiała się nagłym bólem głowy, brzucha, nudnościami, ogólnym osłabieniem i utratą ochoty do życia. U zwierząt pojawiała się piana, pot, wrzody na wymionach, traciły mleczność, a na sierści powstawały kołtuny. Ochronę przed urokiem stanowiły przedmioty w kolorze czerwonym. U dzieci czerwona wstążeczka, do dziś przywiązywana jest do kołyski czy wózka, a w przypadku zwierząt czerwone chwosty przy uprzęży.  Innym sposobem ochrony przed urokiem oraz przed wszelkim złem było noszenie przy sobie (oraz umieszczanie w miejscach szczególnie zagrożonych) amuletu – krzyżyka niespodzianego. Znak krzyża o ramionach zgiętych pod kątem prostym noszono wyryty na metalowych spinkach do koszuli, rzeźbiono na sosrębach, obramowaniach drzwi, naczyniach pasterskich oraz na drodze prowadzącej do ukrytych skarbów. Wierzono, że dzięki temu nifto waloru nie mioł, czyli żadne złe siły nie mogły zaszkodzić właścicielowi znaku. Podobno miał on również moc przywracania życia. Widząc wisielca należało jak najszybciej wziąć deskę gontowa z wyrytym krzyżykiem niespodzianym i przy jej pomocy bić go po głowie. Po tym zabiegu miał on wrócić do przytomności, o ile się go wcas zdjeło ze snura.

Kolejnym rozpowszechnionym sposobem ochrony przed wszelkim złem było umieszczanie nad drzwiami domu, stajni lub szałasu poświęconych ziół, w tym zwłaszcza tych które były gorzkie, klujące lub parzące. Były to m.in. piołun, pokrzywy, tarnina oraz często spotykany w górach dziewięćsił bezłodygowy (obecnie pod ochroną). Wierzono, że tego typu rośliny są silnymi apotropejonami, czyli przedmiotami odstraszającymi złe siły. Dziewięćsił, jako symbol słońca, miał również przynosić szczęście i, zgodnie z nazwą, dziewięciokrotnie wzmagać ludzie siły w codziennym trudzie.

Katarzyna Ceklarz

 

Wykorzystana literatura:

Bazińska Barbara, Ślady działalności instytucji czarownictwa w pamięci historycznej i praktykach pasterzy tatrzańskich, „Etnografia Polska” 1967, t. 11, s. 112-131; Ceklarz Katarzyna, Babcyne korole. Z etnografii południowej Polski, Kraków 2012;Ceklarz Katarzyna, Zakopiańska dendrolatria (Zakopanskýposvätnýstrom),„Tatry” 2014, nr 9 (wydanie specjalnie), Zakopane-Tatrzańska Łomnica, s. 102-105;Kamiński (vel Kamieński) Ludwik,O mieszkańcach gór tatrzańskich. Najdawniejsza monografia etnograficzna Podhala, Kraków 1992; Lehr Urszula, Wątki demonologiczne w tradycji ustnej górali, „Rocznik Podhalański” 2003, t. 9, s. 9-50; Pełka Leonard, Polska demonologia ludowa, Warszawa 1987; Potkański Karol,Z wierzeń i przesądów ludu na Podhalu (spisał tenże autor w Zakopanem w latach 1895 i 1896), „Lud” 1905, t. 11, s. 51-54; Śliziński Jerzy, Podania z południowej Nowatorszczyzny, Zakopane 1987; Trebunia-Wyrostek Anna,Ślady przedchrześcijańskich wierzeń i obrzędów religijnych na Podhalu, „Almanach Nowotarski” 2014, nr 18, s. 161-179 (cz. I), oraz „Almanach Nowotarski” 2015, nr 19, s. 195-222 (cz. II).