s
Górale Zagórzańscy

Górale Zagórzańscy

Wierzenia, gusła, zabobony

Kultura duchowa Górali Zagórzańskich, w tym zwłaszcza wierzenia dotyczące istot nadprzyrodzonych oraz irracjonalnych zjawisk, stanowiła jedno z najważniejszych zainteresowań badawczych dra Sebastiana Flizaka (1881-1972). Flizak był etnografem-amatorem, ludoznawcą pochodzącym z Podobna, który przez kilkanaście lat prowadził systematyczne badania terenowe w powiecie limanowskim. Badania te zaowocowały bogatym materiałem faktograficznym na temat lokalnej demonologii, który autor zaprezentował w publikacji zatytułowanej „Demonologia Zagórzan”, wydanej przez Polskie Towarzystwo Ludoznawcze w 1952 roku. Publikacja ta, będąca klasyczną pozycją wśród regionalnych rozpraw etnograficznych połowy XX wieku, zwraca uwagę na szereg „sił nieczystych„ (jak określał je Flizak) m.in.: demony wodne, demony powietrzne, przypołudnice, strzygonie i upiory, dzikie światełka oraz inkluzy. Według Flizaka „Nieurodzaj, zaraza na bydło, choroby, nieszczęśliwe wypadki, a nawet różne inne osobiste niepowodzenia tłumaczono powszechnie działalnością tych siłę nieczystych, które z dziwnym uporem uwzięły się na człowieka”. Szukano więc przed nimi ochrony uciekając się do pomocy księży, a także wioskowych znachorów i czarowników.


Wśród demonów wodnych nękających w przeszłości Górali Zagórzańskich do najbardziej aktywnych należał topielec – bardzo niebezpieczna „siła nieczysta”, zamieszkująca głębiny rzeczne (tzw. baniory), owłosiona i odrażająca. By skusić ofiarę topielec mógł przybrać jednak inny wygląd, wyobrażano go sobie jako młodego chłopca w czerwonej czapce na głowie lub małe, nagie, budzące litość dziecko. Wierzono, że topielec wyposażony był w długą pępowinę („długi flak”), która dodawała mu niespożytych sił fizycznych i umożliwiała skuteczne atakowanie ludzi. Uważano, że jednym ze sposobów by pokonać topielca i wyjść cało ze spotkania z demonem było przecięcie tej pępowiny za pomocą ostrego narzędzia. Rozpoznać topielca można po nietypowym zachowaniu i wyglądzie, owym „długim flaku”, którym był kilkukrotnie owinięty, oraz po wodzie cieknącej z lewego troku jego hazuki (rodzaj okrycia wierzchniego z sukna).

Ochroną dla człowieka był fizyczny kontakt z ziemią. Panowało przekonanie, że topielec był niezwyciężony w wodzie, ale na suchym gruncie nie stanowił zagrożenia. Oprócz gruntu pod nogami pomocne w walce z topielcem były również przedmioty mające kontakt z sacrum, w tym m.in. bat poświęcony wraz z palmą wielkanocną w Niedziele Palmową czy nóż służący uprzednio do kojenia chleba. Do walki z nim wykorzystywano również element ubioru – sznurek od gaci, który miał służyć do schwytania demona. Podobno wystarczyło zarzucić go topielcowi na szyję by skutecznie go obezwładnić.

Ciekawe wierzenia związane były z życiem rodzinnym topielców. Otóż wierzono, że demony te wchodzą w związki małżeńskie i na dodatek posiadają potomstwo. Wśród opowieści, przekazywanych z pokolenia na pokolenie, częstym motywem była historia dotycząca kobiet, „wiejskich akuszerek” (tzw. babic, smarowacek), które pomagały topielicom w porodach. Mówiono, że akuszerki wprowadzane były przez topielców w głąb banioru, w którym woda rozstępowała się ukazując wejście do ukrytej na dnie jaskini. Po przyjściu na świat małego topielątka ojciec dziecka bezpiecznie odprowadzał akuszerkę do wsi. Wynagrodzeniem za pomoc była garść śmieci zabranych z jaskini, które, po powrocie kobiety do domu, zamieniały się w pieniądze.

W pobliżu potoków, moczarów i ocienionych leśnych zakątków mieszkały boginki –demoniczne istoty lubiące we wszystkim naśladować i przedrzeźniać ludzi. Wierzono, że są to pokutujące dusze grzesznych kobiet, które zmarły w połogu, bez sakramentów świętych. Najczęściej spotykano je po zachodzie słońca nad potokami, gdzie hałasując i krzycząc urządzały pranie brudnej bielizny. Jako że pranie było ich ulubionym zajęciem, łatwo można było je wyśledzić, kierując się odgłosami kijanek. Jak wyglądały? Jak normalne kobiety, miały tylko „… dziki wyraz twarzy i piersi długie, zwisające poniżej kolan, które sobie zarzucały na plecy gdy pod górę biegły”. Były natrętne i wścibskie. Często podkradały się blisko ludzkich sadyb by podsłuchiwać i podpatrywać zachowanie ludzi, które później naśladowały. Spotkanie z boginkami mogło być niebezpieczne. Osobę dorosłą mogły pogryźć, przydusić i podrapać długami paznokciami przypominającymi szpony. Mówiono, że w stosunku do swoich ofiar stosowały również tortury– potrafiły tak długo łaskotać nieszczęśnika, aż ten opadał z sił i w efekcie umierał. Boginki stanowiły poważne zagrożenie dla dzieci (zwłaszcza niemowląt), które porywały z kołysek. W zamian podkładały swoje, zazwyczaj brzydkie i rozwrzeszczane dzieci, zwane przez ludzi bogincorzami. Bogincorza rozpoznawano po wielkim brzuchu, brzydkiej twarzy i nienasyconym apetycie. Gdy matka zauważyła porwanie potomka powinna wynieść podrzutka z domu, położyć na gnojowisku i obić kijem od miotły. Płacz malucha powodował, że boginka w pośpiechu oddawała ludzkie dziecko zabierając swoje. Innym, równie skutecznym sposobem, było głodzenie podrzutka przez kilka dni. Dziecko zaczynało głośno płakać z głodu i efekt był ten sam, co w przypadku bicia kijem.

Górale Zagórzańscy  
Bukiet poświęcony w dniu Matki Boskiej Zielnej, fot. K. Ceklarz  

By chronić dzieci przed porwaniem kobiety wkładały im do kołysek zioła poświęcone w dniu Matki Boskiej Zielnej (15 sierpnia) oraz ostre przedmioty – gwoździe, sierpy, siekiery, skutecznie odstraszające demony. Szczególną moc ochronną posiadał kwitnący na żółto dziurawiec (Hypericumperforatum) zwany dzwonkiem. Wierzono, że samo wymówienie na głos nazwy tej rośliny pomoże uniknąć niebezpieczeństwa. Dla dodatkowej ochrony matki rysowały okrąg naokoło posłania, używając do tego poświęconej kredy.

Innym kobiecym demonem, na temat którego odnotowywano wzmianki występujące w opowieściach Zagórzan, były przypołudnice, czyli na pozór zwyczajne młode i ładne kobiety, stanowiące jednak niebezpieczeństwo dla ludzi pracujących w polu. Można je było rozpoznać jedynie po odmiennym od ludzi sposobie ubierania się. Przypołudnice nosiły krótkie, sięgające kolan spódnice z listwą naszytą od zewnątrz, a nie od środka. Demony te pojawiały się w godzinach południowych, gdy ludzie pracujący w polu odpoczywali. Jeżeli spotkały drzemiącego chłopa to nacinały mu palec u nogi i ssały jego krew. Pod tym względem można je porównać więc do wampirów.

W lesie z kolei można było natknąć się na panków – duchy, które pod postacią młodych chłopców strzegły skarbów ukrytych w ziemi. Łatwo było ich rozpoznać, gdyż pankowieubrani byli w czerwone spodnie i czapki. Mówiono, że najłatwiej spotkać ich w terenie obfitującym w skalne rozpadliny i jaskinie (m.in. Strzebel, Luboń Wielki, Łopień) oraz na ukrytych w lesie polanach, na których tańczyli i śpiewali:

Jedna portka cyrwono,

Druga portka zielono.

I copecka na głowie,

Tańcujmy se, pankowie!

Ich ukazanie się wróżyło głód, epidemię oraz inne klęski żywiołowe. Jedyną obroną człowieka było wykonanie ręką znaku krzyża lub wezwanie na pomoc Matki Bożej.

Fantazja ludności góralskiej zamieszkującej Beskid Wyspowy i północne stoki Gorców obfitowała także w opowieści o płanetnikach – półdemonicznych istotach powietrznych zarządzających chmurami, silnym wiatrem i burzami. Byli to ludzie urodzeni pod specjalną gwiazdą lub dusze zmarłych grzeszników pokutujących za dokonane przewinienia. Płanetnika wyobrażano sobie jako nadnaturalnej wielkości mężczyznę w kapeluszu, z jednym okiem na środku czoła i czterema kłami w gębie. Sam z siebie nie był szkodliwy, często schodził na ziemie, żył między ludźmi, korzystając z ich gościny. Gdy jednak ktoś był złośliwy względem płanetnika lub nie poczęstował go jedzeniem musiał się liczyć z jego gniewem. Demon, za pomocą gradu, wirów powietrznych lub wywołanej opadami deszczu powodzi, mógł zniszczyć plony niegościnnego gospodarza doprowadzając go do ruiny i skazać na głód. Jedynym ratunkiem i sposobem na przegnanie płanetnika w inne miejsce było dzwonienie dzwonkiem loretańskim. Jak pisał S. Flizak: „Płanetnicy odnoszą się do nich [dzwonków] z nienawiścią i przezywają je pieskami szczekającymi, jak zeznał pewien płanetnik zapytany o to”. Według wierzeń Zagórzan głos dzwonu miał powodować senność i osłabienie mocy płanetnika, oraz zmuszać go do oddalenia się.

Niebezpieczeństwo dla ludzi stanowiły również tzw. dzikie światełka, małe płomyczki pojawiające się w terenie podmokłym i bagiennym. Potrafią one omamić człowieka, sprowadzić na fałszywą drogę, wywodząc na manowce. Szczególnie często spotykano je przy gościńcu w Kasince Małej i w Mszanie Górnej. Mówiono, że dzikie światełka wodziły przede wszystkim tych, którzy chętnie zaglądali do kieliszka. Podobno, gdy się im ktoś przyjrzał z bliska, mógł dojrzeć postać bez głowy, ale ze świeczką w ręce. Podczas spotkania ze światełkiem należało zachowywać się spokojnie, nie gwizdać i nie zaczepiać go, gdyż mógł również dotkliwie poparzyć ofiarę.

Do plejady „sił nieczystych” występujących w tradycji Zagórzańskiej, należało także siodło (siodełko, zmora), tajemnicza postać prześladująca ludzi pogrążonych we śnie. Zmora dusiła ludzi przygniatając swym ciężarem klatkę piersiową. Zdarzało się również, że kąsała, drapała, szarpała ubranie, a w najgorszym przypadku potrafiła odgryźć palce. By się przed nią bronić zalecano odmawianie modlitwy oraz trzymanie w pobliżu posłanie ostrych, metalowych przedmiotów.

Ciekawym zjawiskiem była również wiara w inklusa – bezpostaciowego demona związanego z pieniędzmi. Wierzono, że inklus posiada moc przywracania wydanej gotówki. By go pozyskać człowiek musiał zgrzeszyć – przez dziewięć tygodni nie uczestniczyć w mszy świętej i nie odmawiać pacierza, a także nie myć się, nie ściągać butów i trzymać cały czas monety pomiędzy palcami. Innym sposobem było podpisanie paktu z diabłem. Zdarzało się również, że ktoś otrzymywał inklusa od diabła, w zamian za wyjątkowo zły uczynek. Jeżeli właściciel magicznej monety pozbawiony był wyrzutów sumienia, to żył spokojnie, opływając w dostatek. Jeżeli jednak z czasem sumienie zaczynało się odzywać, popadał w obłęd nie mogąc pozbyć się demona. Podobno by uwolnić się z diabelskiej mocy należało wyjść na dęba, wywiercić w nim dziurę, wetknąć w nią magiczną monetę i zabić kołkiem. Po tej czynności należało jeszcze zejść z drzewa, w nietypowy sposób – głową na dół.

Katarzyna Ceklarz

Wykorzystana literatura:

M. Brylak, Wierzenia ludowe [w:] Monografia powiatu myślenickiego, t.2, Kraków 1970, s. 285-306;M. Dyląg, Demony zła w religijności ludowej Górali Zagórzańskich, [w:] Karpaty pełne czarów. O wierzeniach, medycynie, magii ludowej Karpat polskich, K. Ceklarz, R. Kowalski (red.), Nowy Targ 2015, s. 27-38; S. Flizak, Demonologia Zagórzan, [w:] Materiały etnograficzne i historyczne z terenu Zagórzan, „Archiwum Etnograficzne”, Poznań - Łódź 1954, nr 4, s. 25-67; K. Kolanowska, Demonologia, [w:] Kultura ludowa Górali Zagórzańskich, U. Janicka-Krzywda (red.), Kraków 2013, s. 375-386.